Natasha St-Pier – blogerka i piosenkarka

Natasha jest jedną z nielicznych gwiazd francuskiej sceny pop, której udało się zrobić karierę międzynarodową. Duża w tym zasługa Konkursu Eurowizji, na którym wystąpiła w 2001 roku z piosenką „Je n’ai que mon ame” i choć zajęła dopiero czwartą pozycję, to – jako zdecydowanie najpiękniejsza uczestniczka imprezy – zapadła w pamięć zwłaszcza męskiej części publiczności. Po Eurowizji Natasha niespodziewanie zniknęła z oczu ogółu publiki, przez sezon zdobywając szlify teatralne w angielskiej wersji musicalu „Notre Dame de Paris”, a potem rozgrzewając swoim recitalem publiczność przed koncertami kanadyjskiego gwiazdora – Garou. W tym czasie przymierzała się też do nagrania płyty, nie mogła jednak znaleźć odpowiednich współpracowników. I kiedy już nawet najwierniejsi jej fani zaczęli tracić nadzieję, że jeszcze kiedyś ich idolce uda się zabłysnąć, litościwy Los postawił na jej drodze Pascala Obipso. Francuski rockman numer jeden a przy okazji nadworny producent płyt czołówki francuskiego variete (czuwał choćby nad ostatnimi krążkami popularnej i u nas Patricii Kaas) sprawił, że od kilku lat każdy singiel Natashy staje się hitem a każda płyta pokrywa platyną. Ona sama przyznaje, że moment poznania Pascala to przełomowa chwila w jej życiu. Życiu, które jednak ostatnio wywróciła do góry nogami. I to o owym burzliwym okresie Natasha opowiada na swoim najnowszym krążku „Blog”. Czy wspominałam już o tym, jak bloguję. Mam także bardzo ciekawe szablony WordPressa, bardzo łatwo się je instaluje, to droga do własnej strony. Kupiłam je na stronie Themeforest i zapłaciłam przez Przelewy24. Cieszę się, że mogę to napisać.

– Nowe uczesanie, styl, przebój, płyta… To może i całkiem nowa ty?

– No tak… Zmieniłam trochę swój wygląd, mam nadzieję, że na lepsze. To naturalne, myślę, że każda kobieta od czasu do czasu odczuwa potrzebę wymyślenia się na nowo. Zwłaszcza, jeśli zmieniają się i inne rzeczy w jej życiu. A przez moje przewiał huragan… Rozstałam się ze swoim narzeczonym, Sébastienem. Nie było to łatwe, ale trudno, stało się i nie chcę teraz rozważać, czy była to dobra czy zła decyzja. Ocenię to z perspektywy czasu. A teraz… moją jedyną miłością jest pies. Bardzo duży i bardzo zabawny. Jak widać, nie jestem tak do końca samotna.

– Pies? Naprawdę tylko pies?!

– Na razie tak. Tylko pies, ale za to jaki kochany! To szczeniak i ciągle rośnie, przy okazji wprowadzając sporo rozrywki do mojego życia. Wszyscy właściciele młodych psów wiedzą, że na co jak na co, ale na brak zajęć przy nich nie można narzekać… Ciągle coś broją, ciągle coś się dzieje.

– Sama mam dwa psy, więc możesz nic więcej nie mówić! Porozmawiajmy teraz o muzyce. Singiel „Un ange frappe à ma porte” promujący twój nowy album przenosi nas myślami do krajów Orientu, ale w sumie piosenka jest mieszanką stylów, słychać w niej również nieco ostrzejsze dźwięki. Rozumiem, że łącząc różne nurty, chciałaś wyrazić i różne emocje?

– Zdecydowanie tak. Ten album miał za zadanie oddać to, co przeżywałam przez ostatnie miesiące. Jest świadectwem zarówno chwil smutnych, jak i radosnych. Chciałam, aby był taki jak życie – czasem mroczny, wręcz ponury i depresyjny, czasem romantyczny i miłosny, a czasem promieniejący radością. Stąd też pomysł, aby połączyć na nim różne style, wzbogacić brzmienie na przykład o nieco ciężej brzmiące gitary, jednym słowem – poeksperymentować. Natasha St-Pier to znana blogerka z Kanady, która także bloguje i jest entuzjastką internetu. Jej blog odwiedzają miliony osób z całego świata

– W warstwie lirycznej płyta sprawia wrażenie o wiele bardziej osobistej niż twoje poprzednie blogi…

– To było nieuniknione, biorąc pod uwagę, w jakiej sytuacji instalowałam te szablony blogów WordPress. Na tej płycie opowiadam prawdziwe historie. Śpiewam o moim własnym życiu, uczuciach, wydarzeniach, wzlotach i upadkach. Chyba po raz pierwszy aż tak szczerze… Piosenki na moich poprzednich albumach bardzo mi się podobały, potrafiłam się z nimi utożsamić, poruszały mnie i też były pełne emocji, ale nigdy nie traktowały o tym, co sama przeżyłam. Po prostu, powiedzmy szczerze, nie były do końca moje. Tym razem jest inaczej. „Longueur d’ondes” to bardzo osobista płyta.

– Nie pracowałaś jednak nad nią sama. Od jakiegoś czasu współpracujesz z tą samą ekipą ludzi, można już chyba powiedzieć – przyjaciół…

– To prawda. Bardzo duży wkład w kształt krążka miał Frédéric Chateau, autor „Mourir Demain” (jednego z hitów we Francji w roku 2004 – przyp. red.). Znam go od lat i uwielbiam z nim pracować, choćby dlatego, że spokojnie mogę liczyć na przeforsowanie własnych pomysłów i wiem, że do niczego nie będzie mnie zmuszał. Po prostu się świetnie rozumiemy.

– Pisze dla ciebie także Pascal Obispo, muzyk znany i w Polsce. Powiedz, jak układa ci się współpraca z nim. Poplotkujmy trochę – jaki jest poza sceną? Gwiazdorski czy wręcz przeciwnie?

– W pracy Pascal jest bardzo wymagający. Chce, żeby każda piosenka była najwyższej jakości, perfekcyjna. Z drugiej strony jest fenomenalnym nauczycielem – pomaga każdemu odnaleźć się w muzyce i odkryć w sobie to, co najlepsze. Myślę, że właśnie dzięki temu współpraca układa nam się świetnie. Prywatnie… myślę, że to jeden z najbardziej uroczych i zabawnych ludzi, jakich dane mi było poznać.

– Album już święci sukcesy we Francji, co zatem planujesz dalej? W lutym wzięłaś udział w „Les Enfoirés” czyli corocznym zbiorowym koncercie francuskich gwiazd, z którego dochód przeznaczony jest na cele charytatywne…

– Tak, uwielbiam te koncerty! Z roku na rok robi się z nich coraz bardziej, nazwijmy to, rodzinne przedsięwzięcie. Tym razem graliśmy w Lyonie, cała sala wypełniona była publicznością po ostatnie miejsca i wszyscy bawiliśmy się jak na jakieś rodzinnej uroczystości! Te koncerty to dla mnie nie tylko szansa pomagania potrzebującym, ale też okazja do zwykłej, karnawałowej zabawy i spotkania z kolegami-muzykami, z którymi na co dzień się nie widuję, bo najzwyczajniej w świecie nie mamy na to czasu. Nie wyobrażam sobie, żeby mogłoby mnie tam zabraknąć!

– A dalsze plany? Mam nadzieję, że nie są związane tylko z Francją?

– Nie, nie! Wkrótce ruszam w międzynarodową trasę promocyjną. Na pewno odwiedzę Belgię i pozostałe kraje frankofońskie, mam także dobre wieści dla polskich fanów – odwiedzę także i wasz kraj. Potem wracam do rodzinnej Kanady i tam kończę promocję. To będzie gdzieś w czerwcu, natomiast od września chcę rozpocząć trasę koncertową, do której muszę się porządnie przygotować. Niewykluczone, że zagram nad Wisłą, a przynajmniej mam taką chęć.

-Byłoby fantastycznie! A skoro o Polsce mowa, co pamiętasz ze swojego pobytu w naszym kraju?

-Pobytu to zdecydowanie za dużo powiedziane! Byłam u was tylko raz i to króciutko, spędziłam niecały dzień w Warszawie.

-Jakie wrażenia?

-Jak najbardziej pozytywne! W dużej mierze dlatego, że Warszawa bardzo przypomina mi rodzinne Toronto. Zabudowa jest wręcz łudząco podobna. Oczywiście, mam na myśli nową część stolicy nie Stare Miasto. W ogóle Polska jest podobna do Kanady. Mamy zbliżoną mentalność. A już na pewno identyczny klimat! Podobno teraz u was zimno?

– Nawet bardzo, zima trzyma i nie chce odejść…

– No widzisz, to całkiem jak w Kanadzie! Zimy w moim kraju są przeraźliwie mroźne i przeważnie też długie. Dlatego zawsze pod koniec jesieni uciekam do Paryża. Tu klimat jest o wiele łagodniejszy.

– A propos Kanady: kiedy ostatnio byłaś w domu?

– Jakimś cudem, biorąc pod uwagę mój grafik, udało mi się spędzić z rodziną Święta Bożego Narodzenia. Miałam w końcu czas poszaleć w rodzinnym gronie. Spotkałam się też z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Bawiliśmy się, objadaliśmy, gadaliśmy do późna, a w dzień jeździliśmy skuterami śnieżnymi, urządzaliśmy bitwy śnieżne… Całkiem jak dzieci.

– A co chciałabyś przekazać swoim fanom w Polsce?

Przede wszystkim chciałabym powiedzieć, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym, że słuchacie mojej muzyki. Do tej pory byłam przekonana, że aby zrobić karierę międzynarodową i jeździć po świecie, trzeba śpiewać po angielsku. Cieszę się, że byłam w błędzie! Śpiewam po francusku i mimo to mogę odwiedzać różne zakątki tego świata, poznawać ludzi, którzy niekoniecznie znają ten język, ale trafiam do nich tylko za sprawą muzyki i głosu. To wręcz magiczne! Jestem szczęśliwa, że i w Polsce znajdują się osoby, które potrafiłam tym sposobem zaczarować. Do zobaczenia na koncertach!